ZRM to ratownictwo medyczne, czy pomoc społeczna?

W ostatnim czasie dużo emocji wzbudził facebookowy post pani Joanny Szczepkowskiej. Czytając opis sylwestrowego zdarzenia zastanawiam się nad tym, czego oczekujemy od “pogotowia ratunkowego”.

Aktor swą wrażliwością bije każdego innego śmiertelnika niczym szachowy goniec zwykłego pionka. Nic zatem dziwnego, że gdy na przeciw tej wrażliwości staje mur systemu ochrony zdrowia… Nie ma wyjścia! Musi zaiskrzyć! Pani Joanna Szczepkowska opisując swoje sylwestrowe zderzenie z rzeczywistością (link) dotyka bardzo ważnego problemu. Można go zamknąć w pytaniu o przeznaczenie systemu ratownictwa medycznego.

Jakie są fakty?

Do oceny całej tej sytuacji konieczne jest ustalenie stanu faktycznego. Tego niestety ustalić nie zdołam. Na miejscu zdarzenia nie byłem. Z funkcjonariuszami policji nie rozmawiałem. Z przybyłymi na miejsce ratownikami medycznymi także nie. Mogę opierać się wyłącznie na jednostronnej, publicznej wypowiedzi autorki posta. Ale i tak obiektywna analiza facebookowego wpisu – pozbawiona emocji, które zwykle są złym doradcą – pozwala rzucić na całe zdarzenie nieco inne światło. Co zatem wiemy ze słów pani Joanny?

  1. Wiemy, że osoba, którą aktorka spotkała w sylwestrowy wieczór była bezdomnym mężczyzną (cyt. “Straż miejska pyta przez telefon – on jest bezdomny? Pytam a mężczyzna mówi tak, ale mieszka u kolegi, podaje adres“) pod wpływem alkoholu (cyt. “Każą mu dmuchać w alkomat- on dmucha a oni mówią – pił ,ale za mało żeby wezwać straż miejską, za dużo żeby wezwać pogotowie“).
  2. Wiemy z opisu, że mężczyzna nie wyrażał zgody na wezwanie pogotowia ratunkowego (cyt. “Zapytałam czy wezwać pogotowie, bo on naprawdę strasznie wyglądał. Prosił, żeby nie.”). Z opisu nie wynika aby znajdował się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego: był przytomny, logicznie odpowiadał na pytania a jedyne objawy jakie zgłaszał to ból głowy i głód (cyt. “[…] przyszło mi do głowy, że to jest człowiek głodny, i zapytałam kiedy jadł. Tydzień temu. Wszystko jasne, stąd ból głowy.“). Poczyniony przez panią Joannę opis mężczyzny (cyt. ” Zapytałam czy źle się czuje, on podniósł głowę, a ja zobaczyłam to co się nazywa śmierć w czach. Biały jak kreda.“) również nie precyzuje żadnego konkretnego objawu chorobowego uzasadniającego wezwanie zespołu ratownictwa medycznego.
  3. Wiemy, że na miejsce wezwano policję a następnie zespół ratownictwa medycznego, w którego obecności mężczyzna również odmówił przewozu do szpitala (cyt. “[…] chce pan do szpitala? – pyta wódz o bardzo złych oczach. Nie – szepcze mężczyzna nie bardzo już przytomnie“). Zespół wbrew woli mężczyzny postanawia zabrać go jednak do szpitala (cyt. “Dobrze mówi wódz -bierzemy go, żeby ta pani miała czyste sumienie ale w szpitalu go nie przyjmą i każą wyjść na ulicę. – Ale on nie ma siły iść“).
  4. Wiemy również z kolejnego postu pani Joanny (link), że mężczyznę po dwugodzinnym pobycie w SOR/IP wypisano i odwieziono do miejsca, w którym przebywał. Potwierdza to fakt, że mężczyzna nie znajdował się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.

Prawo prawem. Życie życiem. A ludzie umierają…

Z pozoru wszystko wydaje się takie proste! Art. 1 ustawy z dnia 8 września 2006 roku o Państwowym Ratownictwie Medycznym stanowi jasno cyt.: “W celu realizacji zadań państwa polegających na zapewnieniu pomocy każdej osobie znajdującej się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego tworzy się system Państwowe Ratownictwo Medyczne“. Zespół ratownictwa medycznego ma zatem jasko określony cel działania: niesienie pomocy w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Udzielanie świadczeń opieki społecznej oraz doprowadzanie do wytrzeźwienia osób nietrzeźwych znajduje się poza kompetencjami zespołów ratownictwa medycznego oraz szpitalnych oddziałów ratunkowych.

Życie pisze jednak różne scenariusze… Codziennie nie jeden zespół ratownictwa medycznego wzywany jest przez osoby postronne, pracowników opieki społecznej, czy funkcjonariuszy policji lub straży miejskiej do osób, których stan nie spełnia definicji nagłego zagrożenia zdrowotnego. Powody są różne: bo sypia na klatce schodowej i śmierdzi w całym bloku, bo od roku ma owrzodzenie kończyny dolnej a nie jest zapisany do żadnego lekarza rodzinnego, bo oczekuje na dom opieki społecznej i trzeba go przetrzymać przez trzy dni w szpitalu lub po prostu… Wygląd osoby bezdomnej nie pasuje do urokliwej starówki miasta i gdzieś osobę tą trzeba schować aby nie kuła w oczy przechodniów. Większość osób wzywających wówczas zespół ratownictwa medycznego w takich sytuacji najprościej oczyszcza swe sumienie wzywając pogotowie ratunkowe. Nie trzeba się schylać. Nie trzeba z tą osobą rozmawiać. Nie trzeba jej dotykać. Nie trzeba czuć jej zapachu. Nic nie trzeba… Najprościej jest zrzucić z własnego sumienia ciężar wykonując telefon pod numer ratunkowy. “No przecież oni od tego są!”. A jednak nie! Oni są od niesienia pomocy w w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, gdy ktoś – niezależnie od statusu społecznego i ekonomicznego – ulegnie wypadkowi, dozna nagłego zatrzymania krążenia, udaru lub zawału serca.

W większości przypadków wzywanie pogotowia ratunkowego do osób bezdomnych i pijanych, które nie odczuwają żadnych objawów chorobowych to ten sam mechanizm, który występuje w przypadku zbiórek publicznych: na co dzień chore dzieci mnie nie obchodzą – nie mój problem! Ale jak raz w roku jest ogólnopolska zbiórka pieniędzy to oczywiście złotówkę wrzucę i dumnie prężę pierś z logiem zbiórki: “Patrzcie! Jak ja pomagam dzieciom!”. Sumienie oczyszczone. Przez kolejne miesiące roku mogę nic nie robić, problem może nadal mnie nie obchodzić.

Szkoda tylko, że konsekwencją tego “czyszczenia sumienia” jest niejednokrotnie stworzenie zagrożenia dla innej osoby. Kiedy zespół ratownictwa medycznego zajmuje się osobą pod wpływem alkoholu, która wymaga jedynie doprowadzenia do wytrzeźwienia a nie udzielenia świadczeń zdrowotnych ktoś obok może naprawdę potrzebować pomocy. Nie zapomnę, gdy parę lat temu mój zespół gnał na sygnałach do położonej o jakieś 40 km miejscowości, w której doszło do zatrzymania krążenia u 40-letniego mężczyzny samotnie wychowującego dwójkę dzieci. Dyspozytor nadając nam tą wizytę powiedział wprost: “Jedziesz bo bliższy zespół czeka na policję żeby przekazać im bezdomnego. Jak się zwolnią wcześniej, to cię odwołam“. Nie odwołał… Po przyjeździe na miejsce awantura i pretensje do mnie i kolegi, że długo jechaliśmy. No jechaliśmy długo! Bo karetka stacjonująca w tej miejscowości była zajęta w tym czasie udzielaniem świadczeń opieki społecznej osobie niepotrzebującej pomocy medycznej.

Inny przykład… Kilka miesięcy temu w jednej z miejscowości w Polsce był problem z bezdomnym panem siedzącym przed dworcem autobusowym. Swoją drogą bardzo miły pan. Zawsze grzeczny, z uśmiechem na ustach tylko, że strasznie uparty. Nie jeden zespół w ciągu ostatniego miesiąca próbował udzielić mu pomocy z powodu obrzęków kończyn. “Próbował” bo mężczyzna zawsze odmawiał jakiejkolwiek pomocy przepraszając nawet, że wezwano pogotowie. W końcu na miejsce przybyli pracownicy gminnego ośrodka pomocy społecznej i straż gminna. Wspólnie uradzili, że mężczyzna powinien jechać do szpitala. Nawet załatwili przyjęcie w placówce. A ponieważ nikt nie chciał mężczyzny przewieźć (straż gminna stwierdziła, że zrobić tego nie może bo pan odmawia i stanowiłoby to jego porwanie) to wezwano pogotowie ratunkowe. Nie wiadomo kto ma pomóc? Pomoże pogotowie! Karetka przybyła z oddalonej o 15 km miejscowości, pod presją zebranych urzędników mężczyznę do szpitala przewieziono. Problem tylko, że w tym czasie w miejscowości, w której stacjonuje doszło do wypadku komunikacyjnego. Pomocy musiał udzielić zespół oddalony o 36 km. Jak przekłada się dwukrotne wydłużenie dojazdu do wypadku, w którym są osoby ciężko ranne? Nie trudno odpowiedzieć na to pytanie…

Dopóty, dopóki z zespołów ratownictwa medycznego nie zostanie zdjęte brzemię udzielania świadczeń opieki społecznej, ludzie będą umierać z powodu zbyt długiego czasu dojazdu pogotowia. Musimy w końcu zdać sobie z tego sprawę! I nie pomoże tutaj podwojenie liczby karetek.

Każdy ma prawo wyrazić sprzeciw!

Na uwagę zasługuje fakt, że w opisanej przez panią Joannę Szczepkowską sprawie pacjent dwukrotnie wyraził sprzeciw wobec udzielenia mu świadczeń zdrowotnych, w tym przewozu do szpitala. Zgodnie z art. 15 i 16 ustawy z dnia 6 listopada 2008 roku o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjetna pacjent ma prawo odmówić wyrażenia zgody na udzielenie mu świadczeń zdrowotnych. Jedyny wyjątek stanowią osoby ubezwłasnowolnione, chorzy psychicznie oraz osoby z chorobami zakaźnymi podlegającymi obowiązkowemu leczeniu.

Jeśli człowiek nie chce jechać do szpitala (i znajduje się w stanie umożliwiającym rozeznanie swojego stanu zdrowia) obowiązkiem wszystkich jest sprzeciw ten uszanować. Nie można nikogo na siłę uszczęśliwiać. Wracając do problemu bezdomności jest mnóstwo osób bezdomnych, którzy tkwią w swojej sytuacji z własnej, niczym nieprzymuszonej woli. Ze swojej codziennej praktyki pamiętam mężczyznę mieszkającego w lesie, w okolicy niewielkiej wioski położonej w moim rejonie. Mężczyzna mieszkał w ziemiance wykopanej na skraju polany. Regularnie dwa razy w roku ktoś z pracowników opieki społecznej wzywał do mężczyzny pogotowie ratunkowe “bo coś z mężczyzną trzeba zrobić” lub “czeka na niego miejsce w domu opieki społecznej“. Raz nawet pracownicy socjalni zawieźli go do wspomnianego DPS. Po miesiącu mężczyzna uciekł do swojej ziemianki. Spotkawszy jakiś czas po tym zapytałem go: “Panie Janku ale dlaczego pan uciekł, przecież tam ciepło i jeść dadzą”, na co pan Janek odpowiedział “Ja w życiu tam nie wrócę! Tutaj sam jestem i sam decyduje co mam robić, wolny jestem. A tam jak w klatce trzymają!”. Nie wiem co to za uczucie, ale nazwijmy je “zwem wolności”, bywa u osób bezdomnych o wiele silniejsze. Bardzo często staje się ono przyczyna odmowy przyjęcia jakiejkolwiek pomocy ze strony wszelkich możliwych służb. To nie są jednostkowe przypadki…

Głośny przykład bezdomnego spod Zgierza.

Czy problem można jakoś rozwiązać?

Tak! W naszym kraju nie tylko system ochrony zdrowia kuleje. Kuśtyka również system opieki społecznej. Zrobić można by wiele!

  1. Istnieje problem leczenia osób bezdomnych, które nie posiadając ubezpieczenia zdrowotnego nie są zapisane do żadnej poradni podstawowej opieki zdrowotnej.
    Problem można rozwiązać dwojako: albo umożliwiamy takowym osobom skorzystanie ze świadczeń zdrowotnych w poradniach podstawowej opieki zdrowotnej i płaci za nie gmina, albo gminy tworzą specjalne przychodnie dla osób bezdomnych, gdzie osoby te mogą uzyskać pomoc medyczną. Pierwszy pomysł z uwagi na pewny sprzeciw lekarzy POZ będzie trudny do wdrożenia. Drugi już nie…
  2. Istnieje duży problem ze służbami takimi jak straże miejskie, które niemałą liczbę pijanych bez objawów stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego usiłują przekazać zespołom ratownictwa medycznego.
    Problem także da się rozwiązać! Prowadzenie polityki społecznej (w tym realizacja zdań z zakresu wychowania w trzeźwości i przeciwdziałania alkoholizmowi) leży w gestii poszczególnych gmin. Do ich budżetu wpływają przecież pieniądze z koncesji za sprzedaż alkoholu. Każde wezwanie, w którym rozpoznano stan po spożyciu alkoholu powinno być przekazywane elektronicznie do Narodowego Funduszu Zdrowia. Ten powinien grupować tego typu wezwania względem gmin a pod koniec miesiąca wystawiać fakturę. Skoro gmina nie prowadzi efektywnie polityki przeciwdziałania alkoholizmowi, to niech za to płaci! Dam sobie rękę uciąć, że wówczas straże miejskie/gminne robiły by wszystko aby osoby pod wpływem alkoholu samodzielnie przewozić do miejsc wytrzeźwienia.
  3. W przypadku braku stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego pracownik socjalny zamiast zespołu ratownictwa medycznego.
    Jeśli osoba bezdomna nie znajduje się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego jej transport do noclegowni, domu dziennego pobytu lub lekarza podstawowej opieki zdrowotnej powinien być realizowany w ramach opieki społecznej. Warto zatem stworzyć mobilny zespół interwencji kryzysowej, który realnie interweniowałby w takich przypadkach i dysponował możliwością transportu.
    Podoba sytuacja dotyczy osób nietrzeźwych, które wymagają doprowadzenia do wytrzeźwienia w izbie wytrzeźwień (o ile taka istnieje). W taki przypadku transport pijanej osoby powinien odbywać się poza systemem Państwowego Ratownictwa Medycznego oraz poza Policją. Istnieją miasta (np. Łódź), gdzie izba wytrzeźwień posiada własny transport, który świetnie się sprawdza.

5
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Wasyli ZajcewMonikaPawełMarcinKrzysztof Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin
Gość
Marcin

Nie znam się na medycynie, niemniej wydaje mi się – podkreślam, wydaje – że stan skrajnego wyczerpania organizmu jednak wymaga pomocy medycznej. Ale jak mówiłem, ja się nie znam na medycynie, na jej procedurach i prawie. Bo może faktycznie człowiek tak zmęczony, że ledwo oddycha, nie wymaga żadnej pomocy a tylko odpoczynku. Trudno, że nie jadł. Nieistotne, że siedzi pod murkiem. Niech sobie po prostu odpocznie.

Monika
Gość
Monika

Czym jest “stan skrajnego wyczerpania organizmu”? Bo ja po 8 godzinach pracy biurowej też czuję się skrajnie wyczerpana.

Wasyli Zajcew
Gość
Wasyli Zajcew

Baranie czytaj ze zrozumieniem, w artykule masz napisane kto powinien zająć się taką osobą. Nie mędrkuj, weź do domu nakarm, umyj i zaopiekuje się.

Krzysztof
Gość
Krzysztof

Szanowny Panie Adamie,
nie ma opieki jest pomoc …
Widzi Pan problem z jednej, własnej strony, jednak życie nie jest tylko czarno-białe. Przykładów na patologiczne zachowania ZRM też mógłbym wiele przytoczyć …

Paweł
Gość
Paweł

Proszę poza przykładami podać przyczyny takich zachowań…